– Nie wygramy już ceną. Musimy budować przewagę na wysokiej jakości i docierać z tym przekazem do konsumentów w Polsce oraz na rynkach eksportowych. Krytycy ekoschematu niskoemisyjnego i funduszy promocji nie rozumieją, że oba te instrumenty mają wzmacniać konkurencyjność polskiej wołowiny – mówi Jacek Zarzecki, wiceprzewodniczący Polskiej Platformy Zrównoważonej Wołowiny.

PolitykaRolna.pl: Panie Przewodniczący, wrócił Pan z Filipin. Jakie perspektywy otwierają się tam przed polską wołowiną?
Jacek Zarzecki: Jest to z pewnością rynek perspektywiczny, o dużych możliwościach eksportowych. Od kilku miesięcy jest otwarty dla polskiej wołowiny, do eksportu dopuszczone zostały 24 polskie zakłady przetwórcze.
Jest to dobra informacja, tym bardziej, że mediana wieku na Filipinach wynosi nieco ponad 26 lat, jest to więc młode społeczeństwo, w którym zapotrzebowanie na wołowinę rośnie. Filipiny importują około 270 tys. ton wołowiny rocznie, potrzebują produktu bezpiecznego, wysokiej jakości, a przede wszystkim stabilnych dostaw – dziś na tym rynku obecna jest głównie wołowina z Australii, Stanów Zjednoczonych, Nowej Zelandii i Japonii, ale jest tam również miejsce dla wołowiny z Polski. Odbyliśmy spotkania z importerami i widzimy ich zainteresowanie.
Ta wizyta pokazała również, na czym powinna polegać rola państwa: państwo musi przede wszystkim znosić bariery administracyjne i otwierać nowe rynki, ale nie sprzeda produktu za branżę. Temu służą misje handlowe, spotkania z importerami i przekonywanie ich, że polska wołowina spełnia najwyższe wymagania, standardy oraz oczekiwania konsumentów.
PolitykaRolna.pl: Otwieranie rynków jest zadaniem państwa, ale misja organizacji branżowych została sfinansowana ze środków Funduszy Promocji. To oznacza, że te fundusze są potrzebne polskim rolnikom?
Jacek Zarzecki: Zdecydowanie. Państwo zajmuje się usuwaniem barier administracyjnych i formalnym otwieraniem rynków, ale nawiązywanie kontaktów biznesowych należy już do branży. Właśnie do tego służą środki funduszy promocji.
Nie była to pierwsza misja handlowa finansowana z tych środków. Zarówno z Funduszu Promocji Mięsa Wołowego, jak i funduszy promocji mięsa wieprzowego czy drobiowego każdego roku odbywa się kilkadziesiąt takich misji. Ich celem jest wspieranie i promowanie polskich produktów nie tylko w Europie, ale także na rynkach państw trzecich, na których trwa obecnie ofensywa eksportowa. Temu mają służyć te pieniądze.
Zdaję sobie sprawę, że niektórym fundusze promocji się nie podobają. Często są to osoby, które kiedyś miały na nie wpływ, a obecnie go nie mają. Trzeba jednak powiedzieć wprost: to nie są pieniądze publiczne ani pieniądze firm – pochodzą od każdego rolnika, który sprzedaje produkt należący do danego sektora. Firma odprowadza określoną stawkę na fundusz jedynie jako pośrednik, ale nie są to jej pieniądze.
Fundusze promują cały sektor, a nie poszczególne przedsiębiorstwa. Mówią o polskim produkcie, nie o konkretnych firmach. Rozumiem, że część przedsiębiorstw wolałaby przeznaczyć te środki na promocję własnych produktów, ale nie temu służy ten mechanizm. To promocja całej grupy produktów, finansowana przez polskich rolników.
Funduszami zarządzają przedstawiciele organizacji reprezentujących dany sektor. W komisjach zasiadają rolnicy, przedstawiciele przetwórców oraz izb rolniczych, a nadzór nad prawidłowością wydatkowania środków sprawuje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Kto lepiej niż sama branża wie, gdzie i w jaki sposób promować swoje produkty?
Efekt jest widoczny, gdy otwiera się nowy rynek, a dzięki większym możliwościom sprzedaży wzrasta cena uzyskiwana przez rolnika. Rolnik odzyskuje wtedy wielokrotnie więcej, niż faktycznie wpłacił na fundusz. Każdy może zresztą policzyć wysokość własnej składki – gdyby próbował samodzielnie zainwestować tę kwotę w promocję, nie osiągnąłby żadnego efektu. Tutaj decyduje skala.
PolitykaRolna.pl: Już sama nazwa wskazuje, że fundusze mają służyć promocji sektorów, a nie zajmować się handlem czy zarządzaniem rynkiem. W przypadku wołowiny pozostaje przy tym duża różnica między wielkością produkcji a krajowym popytem, więc Fundusz Promocji Mięsa Wołowego ma również wiele do zrobienia w Polsce.
Jacek Zarzecki: Oczywiście. Pokazują to zmiany spożycia wołowiny: w 2015 roku wynosiło ono około 1,2 kg na osobę rocznie, obecnie zbliża się do 4 kg. Wołowina jest zaliczana do mięs premium i pozostaje droższa od wieprzowiny czy drobiu, a mimo to od kilku lat jej spożycie rośnie. Wpłynęły na to działania promocyjne, finansowane z Funduszu Promocji Mięsa Wołowego.
Fundusze pomogły już otwierać dla polskiej wołowiny między innymi rynek turecki – Polska jest dzisiaj liderem sprzedaży mięsa wołowego do Turcji. Podobnie było w przypadku Wietnamu, Japonii oraz innych państw, do których trafia polska wołowina.
Niektórzy misje promocyjne nazywają wycieczkami i piszą o tym w internecie. Pokazuje to jedynie, że nie wiedzą, jak wyglądają misje handlowe – brałem udział zarówno w misjach współfinansowanych z funduszy promocji, jak i organizowanych przez Komisję Europejską i wiem, że są to przedsięwzięcia bardzo profesjonalnie przygotowane.
Ci sami krytycy twierdzą jednocześnie, że wszystkie środki powinny zostać przeznaczone wyłącznie na promocję eksportu. Nie zgadzam się z tym – równie ważny jest konsument krajowy, podobnie jak upowszechnianie wśród rolników dobrych praktyk związanych z dobrostanem zwierząt, systemami jakości i rozwiązaniami wzmacniającymi konkurencyjność.
PolitykaRolna.pl: Wspomniał Pan o promocji systemów jakości i dobrych praktyk. Jest to tym ważniejsze, że nowa unijna strategia produkcji zwierzęcej zakłada, iż europejska żywność ma wyróżniać się jakością. Jak ocenia Pan EU Livestock Strategy? Czy przełoży się ona na warunki polskie i na krajową strategię produkcji zwierzęcej?
Jacek Zarzecki: Musi się przełożyć. Polska strategia produkcji zwierzęcej musi powstać i musi być zgodna z kierunkiem wyznaczonym przez strategię unijną. Podczas ostatniej wizyty komisarza Christophe’a Hansena minister Stefan Krajewski powiedział na wspólnym posiedzeniu komisji ds. rolnictwa oraz ds. spraw europejskich, że działania powinny wzmacniać konkurencyjność, opierać ją na systemach jakości oraz stawiać na jakość produktu. Ten kierunek wyraźnie wspierał i nadal wspiera, myślę więc, że działania unijne i krajowe w dużej mierze będą się pokrywały.
Widzę jednak pewną sprzeczność: z jednej strony mamy strategię, a z drugiej propozycje cięć w unijnej polityce promocji. Z dużą uwagą przysłuchuję się pomysłom likwidacji funduszy promocji, które co pewien czas się pojawiają. Uważam, że byłoby to złe rozwiązanie. Obawiam się, żeby EU Livestock Strategy nie stała się martwym dokumentem.
Pojawiają się ponadto propozycje, aby podnoszeniu dobrostanu towarzyszyło odchodzenie od chowu klatkowego czy likwidacja kojców dla macior, co pociągnie za sobą gigantyczne nakłady finansowe. Tymczasem ani w strategii, ani w innych dokumentach nie wskazano dotąd źródeł finansowania tych zmian. Przypuszczam, że pojawi się propozycja, aby tę politykę finansowali rolnicy albo państwa członkowskie. To droga donikąd – pokazaliśmy na przykładzie ekoschematów dobrostanowych, że warunki utrzymywania zwierząt można podnosić poprzez dobrowolne zachęty, a nie nakazy.
Komisja Europejska nie do końca to zrozumiała i chce oprzeć dalszą politykę na głosie miliona ludzi, którzy podpisali się pod europejską inicjatywą „Koniec Epoki Klatkowej”, choć nie znają realiów funkcjonowania rolnictwa. Potrzeba tutaj większego wyważenia.
PolitykaRolna.pl: Jednym z ekoschematów ma być płatność za niskoemisyjną produkcję wołowiny, dobrowolny i finansowany ze środków WPR. Niektórzy w środowisku rolniczym uważają, że ten ekoschemat jest zbędny…
Jacek Zarzecki: Przede wszystkim musimy przyjąć, że nie wygramy już ani na rynku europejskim, ani na innych rynkach wyłącznie niską ceną. Cena musi być połączona z jakością, stabilnością dostaw i powtarzalnością produktu. Przewaga wynikająca tylko z niskiej ceny się skończyła. Nie jesteśmy w stanie konkurować cenowo z Brazylią, Argentyną czy nawet Australią. Musimy budować nowe wyróżniki i przewagi konkurencyjne, choć nie jest to łatwe.
Jednym z takich elementów może być właśnie przygotowywany system wsparcia produkcji bydła niskoemisyjnego, oparty na dobrowolnych systemach jakości. Tak, niektórzy twierdzą, że ograniczanie emisji metanu w produkcji zwierzęcej jest mitem i nikomu nie jest potrzebne – a przecież za chwilę każdy odbiorca produktu rolnego będzie pytał dostawcę, w jaki sposób ogranicza emisję metanu i innych gazów cieplarnianych oraz jak wygląda jego raportowanie, bo ten odbiorca będzie musiał przedstawić raport ESG sieci handlowej.
I nie jest to już wyłącznie kwestia polityki unijnej – dotyczy to także sektora bankowego, warunków udzielania kredytów i całej sieci powiązanych zależności. Ten proces nie zwalnia, musimy więc obserwować trendy, zmiany polityczne i otoczenie biznesowe: trzeba wiedzieć, co dzieje się dookoła, zamiast krytykować te zmiany bez zrozumienia. Dzięki takiemu podejściu kilka lat temu skutecznie zawalczyliśmy o to, aby bydło nie zostało objęte przepisami dotyczącymi instalacji przemysłowych. Dzięki temu nie mamy dzisiaj problemu, z którym mierzą się inne sektory.
Ale zgadzam się, że musimy przestać mówić, że wsparcie w ramach ekoschematów ma realizować wyłącznie cele klimatyczne, środowiskowe i dochodowe – musi ono także wzmacniać konkurencyjność, ponieważ bez niej nie utrzymamy obecnej pozycji polskiego rolnictwa. A niskoemisyjność to również lepsze wyniki produkcyjne: skrócenie opasu, lepsze wykorzystanie paszy i właściwe zarządzanie nawozami naturalnymi. To jest istota tego, dlaczego potrzebujemy takiego ekoschematu, opartego na systemach jakości, dobrowolności i rozwiązaniach, których efekty można policzyć.
PolitykaRolna.pl: Trzeba więc pilnować, jakie rozwiązania znajdą się w polskim planie krajowym, aby nie doszło do takiej sytuacji jak w Niemczech, gdzie rząd federalny ograniczając biurokrację w WPR, zrezygnował z planowanego ekoschematu pastwiskowego, co oznacza, że nie będzie płatności za wypas. To rozwiązanie wydaje się sprzeczne zarówno z potrzebą wzmacniania konkurencyjności europejskiej wołowiny, jak i z EU Livestock Strategy.
Jacek Zarzecki: Jest sprzeczne również ze zdrowym rozsądkiem i logiką. Rozumiem, że rząd niemiecki próbuje w ten sposób załatać dziury w budżecie albo ma inny pomysł, ale nie będę się martwił problemami Niemców. Wolałbym, abyśmy w Polsce rozpoczęli poważną dyskusję o tym, czy nie powinniśmy przeznaczać większych środków na ekoschematy kosztem płatności podstawowej.
Ekoschematy sprawiają, że pieniądze trafiają do aktywnych rolników. Być może ich budżet powinien być większy, nawet kosztem płatności podstawowej. Jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, szczególnie że w kolejnych perspektywach środki unijne na rolnictwo są coraz mniejsze i nadal będą malały. Przestańmy się oszukiwać, że będzie inaczej.
Poprzez ekoschematy możemy wspierać rolników, którzy rzeczywiście zajmują się uprawą ziemi i produkcją rolną, bez znaczenia, czy są jednozawodowcami, czy dwuzawodowcami: ważne, że prowadzą działalność rolniczą, zamiast otrzymywać pieniądze wyłącznie dlatego, że są właścicielami ziemi. Położenie większego nacisku na ekoschematy jest więc racjonalne, a zarazem nie ma od tego odwrotu. Uważam, że nawet ostatni rok obecnej WPR, czyli 2027, można wykorzystać do przeprowadzenia takiego eksperymentu: zwiększyć środki na ekoschematy kosztem płatności podstawowej.
Aktywni rolnicy na tym nie stracą, a moim zdaniem zyskają. Stracą ci, którzy jedynie pobierają dopłaty, a czasem nawet nie wiedzą, gdzie leżą ich działki.
PolitykaRolna.pl: Unia już dokonała redefinicji rolnictwa: rolnictwo przestało być dla UE wyłącznie wytwórcą żywności, jego „drugą nogą” stała się ochrona bioróżnorodności. W ten trend wpisuje się zrównoważona produkcja wołowiny – czym ona właściwie jest? Mówimy o praktykach niskoemisyjnych, dobrostanie zwierząt i systemach jakości – czy taki kierunek przekona rolników, a następnie konsumentów w Polsce i za granicą?
Jacek Zarzecki: Zrównoważona produkcja wołowiny jest tym wszystkim naraz, ale przede wszystkim musi spinać się ekonomicznie i społecznie. Jeżeli nie będzie zapewniała rolnikom dochodu, cele środowiskowe i klimatyczne nie zostaną zrealizowane.
Podstawowym warunkiem jest opłacalność produkcji, a z drugiej strony od zrównoważonej produkcji nie ma odwrotu, podobnie jak od ograniczania emisji gazów cieplarnianych w produkcji zwierzęcej. Nawet jeżeli dzisiaj nie wymaga tego bezpośrednio Komisja Europejska, będą tego wymagały sieci handlowe oraz banki przy udzielaniu kredytów.
Lepiej przeprowadzić tę transformację teraz, korzystając ze wsparcia Wspólnej Polityki Rolnej i Krajowego Planu Strategicznego, niż później pokrywać jej koszty wyłącznie z własnych środków.
PolitykaRolna.pl: Ograniczania emisji gazów cieplarnianych będą wymagać, a właściwie już wymagają, konsumenci wołowiny, którzy szczególnie w przypadku produktów premium oczekują wyraźnych wyróżników i potwierdzenia, że żywność powstała z zachowaniem podwyższonych standardów dobrostanu.
Jacek Zarzecki: Oczywiście, że tak jest: konsument przestaje wierzyć w opowieści bez pokrycia, potrzebuje potwierdzonych oznaczeń, takich jak znak rolnictwa ekologicznego czy oznaczenie systemu jakości. W przypadku wołowiny takim rozwiązaniem jest QMP – krajowy system jakości żywności, notyfikowany przez Komisję Europejską.
QMP wyznacza kierunek, w którym musimy podążać. Jeżeli tego nie zrobimy, zrobią to inni, a nasz produkt wyląduje na dole sklepowej półki i będzie konkurował jedynie bardzo niską ceną.
PolitykaRolna.pl: Z unijnej strategii produkcji zwierzęcej wynika, że Unia stawia na europejską produkcję, ale ma to być produkcja premium. To może oznaczać, że nie dla wszystkich znajdzie się na tym rynku miejsce. Czy stanowi to zagrożenie dla polskich producentów bydła mięsnego?
Jacek Zarzecki: Wolę mówić o wyzwaniu niż o zagrożeniu. Nasz produkt cieszy się uznaniem na świecie, a polską wołowinę eksportujemy do ponad 70 państw. Potrzebujemy jednak, aby deklarowane przez nas cechy produktu można było potwierdzić – do tego służą systemy jakości i dlatego budujemy markę „Polska Wołowina”.
Nie jest to pomysł oderwany od rynku. Za decyzją o budowaniu tej marki stoją największe firmy zajmujące się przetwórstwem i eksportem polskiej wołowiny. Reprezentują ponad 60% rynku skupu i podobny udział w eksporcie. Doskonale wiedzą, co musi się zmienić i w jaki sposób powinniśmy produkować, aby zachować konkurencyjność na coraz ciaśniejszym rynku europejskim.
Unia Europejska odpowiada za około 80% naszego eksportu. W ubiegłym roku wartość eksportu polskiej wołowiny przekroczyła 2,6 mld euro. Ten rynek będzie jednak coraz ciaśniejszy w związku z umową z Mercosurem i kwotą Hilton. Sama umowa z Mercosurem, łącznie z kwotą Hilton, oznacza blisko 140 tys. ton wołowiny objętej zerowym albo obniżonym cłem. W perspektywie mamy ponadto umowy handlowe z Brazylią, Australią i Nową Zelandią.
To są nasze wyzwania. Musimy być konkurencyjni – konkurencyjność jest tutaj słowem kluczem.
PolitykaRolna.pl: W nowych warunkach odnajdą się gospodarstwa, które już utrzymują bydło mięsne. Czy w Polsce jest również przestrzeń dla nowych producentów – rolników rozważających zmianę profilu gospodarstwa albo rolników dwuzawodowych, którzy chcieliby rozpocząć produkcję bydła mięsnego?
Jacek Zarzecki: Taka przestrzeń istnieje, ale pierwszeństwo musi mieć zmiana prawa i podejścia do funkcji produkcyjnej wsi. Prawo powinno gwarantować stabilność produkcji. Jeżeli ktoś chce zbudować albo rozbudować oborę, proces inwestycyjny nie może trwać kilku czy kilkunastu lat tylko dlatego, że komuś przeszkadza zapach związany z działalnością rolniczą.
Decyzja o tym, czy inwestycja powstanie, nie może zależeć od samego sprzeciwu społecznego, lecz musi opierać się na faktach i dokumentach. Żaden wójt ani burmistrz nie chce występować przeciwko mieszkańcom, ponieważ są jego wyborcami.
Dlatego jak najszybciej potrzebujemy ustawy o produkcyjnej funkcji wsi, która ureguluje również proces inwestycyjny. To jest dzisiaj największy problem ograniczający rozwój produkcji zwierzęcej.
PolitykaRolna.pl: Dziękuję za rozmowę.


