Przez pokolenia w gospodarstwie była produkcja mleka. Michał Gadziński z żoną zdecydowali jednak, że nie będą wchodzić w kosztowną modernizację starej infrastruktury ani budować nowej obory. Dziś w Śląskim Folwarku utrzymują angusy, sprzedają wołowinę z własnego zakładu i nie żałują decyzji o zmianie profilu gospodarstwa z bydła mlecznego na mięsne.

PolitykaRolna.pl: Panie Michale, prowadzicie Państwo gospodarstwo z wielopokoleniową tradycją, ale odeszliście od bydła mlecznego na rzecz mięsnego. Co sprawiło, że zdecydowaliście się na taką zmianę?
Michał Gadziński: Generalnie decyzję wymógł stan budynków inwentarskich – nie spełniały już norm, i musieliśmy podjąć decyzję, czy je remontować, budować nowe, czy zmienić profil gospodarstwa.
Z bydłem mlecznym był kłopot, bo wymagało to dużych pieniędzy. Może gdybyśmy mieli z żoną po 25 lat, to byśmy się zakredytowali i robili dalej to, co robił pradziadek, dziadek, ojciec. Ale nie byliśmy już młodzi i nie chcieliśmy brać na siebie ryzyka. Drugim kłopotem było to, że nie ma ludzi do pracy przy bydle mlecznym.
A trzecia sprawa to taka, że czuliśmy całym sobą, że bydło mleczne to nie jest nasz kierunek. Dlatego zdecydowaliśmy się na bydło mięsne.
Dlaczego akurat bydło mięsne? Czuliśmy ten temat. Już wcześniej mieliśmy sztuki bydła mięsnego, niektóre z krycia krów mlecznych buhajami ras mięsnych. Ja jestem pasjonatem grilla, steków, i wszystkich tych tematów okołomięsnych, żona miała zarejestrowaną działalność MLO, mieszkamy blisko Opola, chcieliśmy sprzedawać swoje produkty bezpośrednio konsumentom.
Rachunek ekonomiczny był dosyć oczywisty – nakład kosztów na rozwinięcie produkcji bydła mięsnego jest znacznie niższy, niż w przypadku bydła mlecznego.
PolitykaRolna.pl: To jednak dosyć zasadnicza zmiana – było trudno?
Michał Gadziński: To nie był jednorazowy krok, ale kilkuletni proces – tak naprawdę dopiero dwa lata temu w pełni przeszliśmy na bydło mięsne. Wcześniej było tak, że cała produkcja była prowadzona trochę na łące, trochę w budynkach przy bydle mlecznym. W końcu zdecydowaliśmy, że postawimy wiatę wolnostanowiskową – kupiliśmy ją z rynku wtórnego. Potem małymi kroczkami tę wiatę uzbrajaliśmy – najpierw stół paszowy, potem posadzki, wygrodzenia, przepędy itd. W ten sposób powoli otrzymaliśmy taki obiekt, jak sobie życzyliśmy. Ale nasze bydło przez większość czasu przebywa na terenie otwartym, na łąkach, pastwiskach.
Najtrudniej było wtedy, gdy mieliśmy jednocześnie bydło mleczne i mięsne, a jednocześnie nie mieliśmy obory przygotowanej do wysokowydajnych krów mlecznych. Z jednej strony angażowało nas bydło mięsne, z drugiej trzeba się było poważnie napracować, żeby utrzymać odpowiedni poziom komórek somatycznych, żeby wszystkie krowy wydoić, żeby wszystko było zgodnie z normami.
PolitykaRolna.pl: Hodujecie bydło rasy Angus – dlaczego? Nie jest to w Polsce wybór oczywisty…
Michał Gadziński: Muszę przyznać, że wielu ludzi odradzało nam tę rasę. I mieliśmy wątpliwości. Dlatego mieliśmy też kilka krów limousine, jakieś charolaise. Rzeczywiście wybojowość np. limousine jest na troszkę wyższym poziomie niż angusów, ale dla mnie to mięso jest po prostu chude. A jak mówiłem, jestem miłośnikiem steków, a stek jest dobry wtedy, jeśli jest tłusty – wiadomo, są różne gusta, trendy, ale jeśli popatrzymy na najlepsze steki na świecie, to one są bardzo marmurkowate. A ponieważ, jak mówiłem, od początku nastawialiśmy się na sprzedaż bezpośrednią, wybraliśmy Angusy.
Ta rasa ma też taki atut, że jest to rasa pierwotna, więc niespecjalnie wymagająca w obsłudze. Owszem, nie jest to rasa spokojna, potrzebne są odpowiednio mocne stalowe urządzenia poskromowe i uważność człowieka, oczywiście trzeba dbać o jakość paszy i dobrostan, ale jest to bydło, które może przez praktycznie cały rok przebywać na pastwisku. Dzięki temu mamy czas na inne rzeczy, np. na Zagrodę Edukacyjną, którą otworzyliśmy dwa lata temu, a dziś działa już w pełni. Mamy tam owce, prowadzimy treningi psów pasterskich, dzieją się w naszym Śląskim Folwarku różne ciekawe rzeczy.
PolitykaRolna.pl: Wspomniał Pan o paszy i o pastwisku – czy żywicie bydło paszą z własnego gospodarstwa?
Michał Gadziński: Pasze objętościowe są w całości z naszego gospodarstwa, kupujemy tylko śrutę rzepakową, mikroelementy, sól i tego typu komponenty.
PolitykaRolna.pl: Macie bydło czystorasowe, halę wolnostanowiskową, paszę z własnego gospodarstwa, bydło spędza większość czasu na pastwisku – czyli spełniacie wymagania, by wejść w system QMP. Macie certyfikat?
Michał Gadziński: Tak, jesteśmy w QMP od ok. 3 lat. Zapyta pan pewnie od razu, dlaczego się na to zdecydowaliśmy – powiem szczerze, z powodu wyższych dopłat do sztuki bydła. Wiemy też, że niektóre zakłady w Polsce płacą więcej za wołowinę z QMP, natomiast my bardzo mało mięsa sprzedajemy innym zakładom, jakieś 30%, większość przechodzi przez nasz zakład. Ale certyfikat może się przydać, bo może zwiększymy produkcję bydła.
PolitykaRolna.pl: Czy QMP pomaga Wam w sprzedaży bezpośredniej mięsa? Teraz, gdy mamy import z Mercosur, konsumenci chcą gwarancji jakości mięsa…
Michał Gadziński: U nas jest tak, że mamy gospodarstwo w jednym kawałku i z zakładu widać bydło pasące się na łąkach, czy cielaki przy wybiegach. Więc to jest taka nasza gwarancja jakości. Ale rzeczywiście, od kiedy weszła umowa z Mercosurem, pojawiło się kilku nowych klientów, którzy zdecydowali, że wolą kupić mięso u lokalnego rolnika, niż w sklepie. Certyfikat QMP w tym przypadku tylko pomaga, a nie przeszkadza.
PolitykaRolna.pl: Rozbioru mięsa dokonujecie sami, w swoim zakładzie. Trudno było nauczyć się tego?
Michał Gadziński: Trudno. Zaczynaliśmy 11 lat temu i zupełnie nie mieliśmy o tym pojęcia. Nie było właściwie żadnych podręczników, poradników, materiałów szkoleniowych po polsku – a my z angielskim nie bardzo jesteśmy zaznajomieni.
Musieliśmy jakoś tłumaczyć przez translatora, szukaliśmy filmów z ubojni, zakładów rozbiorowych z całego świata. Byliśmy bardzo zapaleni, byłem pasjonatem wołowiny, i bardzo chciałem mieć porządne steki, których nie było wówczas w polskich sklepach. Nie dawało mi spokoju, dlaczego ten stek nie jest tak fenomenalny, jak się o tym mówi na świecie.
Oczywiście okazało się, że to nie jest tylko kwestia cięcia, ale generalnie dużo czynników ma wpływ na jakość steka – przede wszystkim rasa, żywienie, stres u zwierząt, także wiek, bo jeśli bydło jest troszkę starsze, to ono wtedy ładnie się otłuszcza. No i my bydło kastrujemy, co też wpływa korzystnie na jakość mięsa.
Ostatecznie wpływ ma także przechowywanie tego mięsa, czyli sezonowanie – my sezonujemy i na mokro i na sucho.
Mieliśmy po drodze wiele wpadek, zanim doszliśmy do tego, co oferujemy dziś klientom. Teraz, myślę, mamy naprawdę dobre mięso, dopracowaliśmy ten temat. Oczywiście zawsze jest coś do poprawienia, ale ten poziom jest już zadowalający.
PolitykaRolna.pl: Ile sztuk bydła macie obecnie? Myślicie o powiększeniu stada?
Michał Gadziński: W tej chwili ok. 180 sztuk, ale w okresie wycieleń dochodzimy do 230 sztuk. O powiększeniu stada na razie nie myślimy, bo przy sprzedaży bezpośredniej z własnego zakładu nie mamy na tyle mocy przerobowych, żeby coś więcej robić. W tej chwili ubijamy ok. 3 sztuki bydła miesięcznie, a przetworzenie jednej sztuki zajmuje nam w zasadzie tydzień – w poniedziałek zawozimy do ubojni, we wtorek odbieramy, w środę i czwartek tniemy i pakujemy, w piątek i sobotę sprzedajemy.
W ten sposób jeden tydzień w miesiącu mamy wolny, ale, jak już mówiłem, prowadzimy też Zagrodę Edukacyjną. Natomiast planujemy budowę nowego zakładu ze sklepikiem, w którym chcielibyśmy sprzedawać także jakieś lokalne produkty innych rolników.
PolitykaRolna.pl: Ile hektarów pastwiska potrzebuje takie stado angusów? Jak sobie radzicie z suszą i zarządzaniem pastwiskiem?
Michał Gadziński: W tej chwili mamy około 70 hektarów pastwisk i użytków zielonych. To się zmienia, bo mamy też lucerny, użytki zielone, trawy jednoroczne, ale mniej więcej tyle dziś zajmuje baza pastwiskowa.
Oczywiście pastwisko nie jest samonapędzającym się mechanizmem – tak naprawdę to jest ciągła walka o to, by osiągnąć właściwe plony. Niekiedy są one całkiem niezłe, ale zdarzają się lata mokre, i zdarzają się suche. W zasadzie to bardziej narzekamy na te suche, kiedy wypala nam pastwiska – musimy wtedy je przeorać, głęboszować i na nowo zasiewać.
Nie mamy jakichś utartych schematów postępowania, raczej działamy elastycznie i interweniujemy w zależności od sytuacji.
PolitykaRolna.pl: Macie dużo obornika – co z nim robicie? Myślicie o biogazowni rolniczej?
Michał Gadziński: Zdecydowanie ilość obornika, który produkujemy, wpłynęła korzystnie na jakość gleb, które uprawiamy. Mamy zarówno gleby bardzo słabe, piaszczyste, jak i ekstremalnie ciężkie, zwięzłe, podmokłe, które mają tendencję do zalepiania się. Dzięki obornikowi struktura tych gleb zdecydowanie poprawiła się, co oczywiście wpłynęło korzystnie na plon, ale również na ilość paliwa zużywanego do uprawy.
Dlatego też nie myślimy o biogazowni – po prostu potrzebujemy całego obornika do nawożenia. Inna rzecz, że biogazownia zupełnie nie pasowałaby do naszej koncepcji gospodarstwa – instalacja przemysłowa nie pasuje do Zagrody Edukacyjnej.
PolitykaRolna.pl: Podsumowując naszą rozmowę – czy z dzisiejszej perspektywy uważa Pan, że warto było odejść od tradycji przodków i zrezygnować z bydła mlecznego?
Michał Gadziński: Nie żałujemy tej decyzji – wręcz przeciwnie. Chociaż byliśmy pełni obaw, proszę mi wierzyć. Mleko produkował pradziadek, dziadek i moi rodzice, sąsiedzi wokół mają bydło mleczne, więc zmienić zupełnie profil produkcji z bydła mlecznego na bydło mięsne to był dla nas duży stres i spore wyzwanie.
Byliśmy przejęci tą decyzją, ale ostatecznie wiedzieliśmy, że dotarliśmy do momentu, w którym tak naprawdę nie mieliśmy wyjścia, bo naprawdę, nasze budynki nie nadawały się już do produkcji, a ilość czasu którą musieliśmy przeznaczyć na bydło mleczne przekraczała już nasze możliwości.
Myślę, że to była naprawdę dobra decyzja. Oczywiście, to nie jest rozwiązanie, które wszyscy muszą przyjąć. Moi znajomi mają bydło mleczne, dopracowali ten temat i bardzo sobie chwalą. Ale my z żoną mamy powyżej 45 lat i naprawdę, nie chcieliśmy brać kredytu do końca życia. A przy bydle mięsnym dużo zrobiliśmy własnym sumptem, mamy też bardzo fajnych pracowników, naprawdę udało nam się uniknąć dużych kosztów. Pewnie, że nie każdy mieszka blisko miasta, nie każdy umie czy chce podjąć się rozbioru mięsa, ale dla nas to był strzał w dziesiątkę.
PolitykaRolna.pl: Dziękuję za rozmowę



