Plany ogólne gmin miały powstrzymać zamianę wsi w osiedla deweloperskie i ochronić rolników przed protestami wobec działalności rolniczej. Zakładano, że władze gmin wiejskich rozumieją funkcję obszarów wiejskich. To był grzech pierworodny ustawy: narzędzie stworzone do ochrony rolniczej przestrzeni w praktyce stało się dla wielu samorządów okazją do sprzedaży działek budowlanych i zmiany wsi z przestrzeni produkcji w teren mieszkaniowo-rekreacyjny.
Osiedle mieszkaniowe na wsi; fot: Magnific Premium
Po co gminom plany ogólne?

Dotychczas wystarczyła decyzja o warunkach zabudowy wydana przez wójta, burmistrza albo prezydenta miasta, aby wybudowano dom albo osiedle na wsi. Korzystali z tego głównie nowi mieszkańcy wsi, którzy kupowali odrolnione działki od rolników.

Te działki znajdowały się oczywiście na terenach dawnych gospodarstw – a więc obok chlewni, obory, kurnika, przy drodze, którą rolnicy jeżdżą na pole itp. W efekcie rolnik, który od pokoleń prowadzi gospodarstwo, zostawał na własnej ziemi, ale nagle musiał tłumaczyć się nowym mieszkańcom z zapachu, hałasu, kurzu, nocnej pracy w żniwa czy przejazdu ciężkiego sprzętu.

W 2023 r. wprowadzono więc plan ogólny jako akt prawa miejscowego. Przewidziano w nim wyznaczone miejsca dla prowadzenia działalności rolnej: teren gospodarstwa, teren produkcji rolnej i teren otwarty. Pierwsze to siedlisko rolnika (dom) i najbliższe zaplecze gospodarstwa. Drugie to miejsce na infrastrukturę niezbędną do prowadzenia gospodarstwa. Trzecie ma chronić pola i łąki przed przypadkową zabudową, choć może też dopuszczać określone inwestycje, na przykład biogazownię.

Założenia były rozsądne: gospodarstwo miało mieć gdzie działać, produkcja gdzie się rozwijać, a domy nowych mieszkańców nie miały być wciskane między obory i pola. Tyle że te założenia opierały się na błędnym przekonaniu, że samorządy gmin wiejskich wiedzą, że wieś to miejsce życia rolników.

Kto dziś urządza wieś?

I tu zaczyna się właściwy problem. Okazuje się bowiem, że samorządy gmin wiejskich mają w zasadzie kompletnie inne założenia. Po pierwsze, to nie gminy tworzą plany, które mają decydować o przyszłym wyglądzie gminy. Napisał o tym na platformie X Jacek Zarzecki, wiceprzewodniczący Polskiej Platformy Zrównoważonej Wołowiny:

– „Ze względu na presję czasową i brak własnych specjalistów, których samorządy pozbywały się przez lata gminy zlecają opracowanie planów ogólnych zewnętrznym firmom planistycznym. A te nie znają lokalnej specyfiki, historii zabudowy, uwarunkowań społecznych, lokalnych konfliktów ani celów czy planów rozwoju. Obsługują dziesiątki gmin jednocześnie, tworząc dokumenty według szablonu i sztampy a nie według rzeczywistych potrzeb miejscowości” – napisał Jacek Zarzecki.

Taka firma widzi jedynie mapę gminy: działkę, obrys budynku, drogę, sąsiedztwo zabudowy, potencjalny konflikt i możliwość wyznaczenia kolejnych terenów mieszkaniowych. Nie zna historii gospodarstw, planów następców, kierunku rozwoju produkcji ani tego, że budynek stojący dziś na końcu podwórza za kilka lat będzie za mały. Nie musi też rozumieć, że gospodarstwo bez miejsca na rozbudowę nie zostaje „zabezpieczone”, lecz zamknięte w obecnym stanie.

Brak wpływu rolników na plany zabudowy wsi

Choć tworzenie planu ogólnego wymaga konsultacji z mieszkańcami gminy, to wśród tych mieszkańców jest coraz mniej rolników. A nowi mieszkańcy nie chcą mieć rolnictwa obok swoich nowych domów, postawionych w miejscu dawnych rolniczych siedlisk. W efekcie coraz częściej rolnicy zamiast decyzji o tym, że mogą spokojnie realizować swoje plany jednostkowe – budowę obory, magazynu pasz, silosu, płyty obornikowej czy biogazowni – dowiadują się, że ten rozwój został całkowicie zablokowany przez plan ogólny.

Krzysztof Zacharuk w artykule „Rolnicy alarmują: protesty blokują inwestycje na wsi. „Nie możemy rozwijać gospodarstw”, który jest relacją z posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony i Rozwoju Polskiej Produkcji Rolnej w Sejmie RP, pokazuje przykład rolnika, którego dotknęła właśnie taka blokada:

„Jednym z najbardziej wymownych przykładów była historia Łukasza Harasima, rolnika z gminy Sidra w województwie podlaskim. Wraz z rodziną prowadzi gospodarstwo od pokoleń. Produkuje mleko, drób i zboża, a także świadczy usługi transportowe dla sektora rolnego. Planuje budowę fermy drobiu w pobliżu własnych zabudowań. Mimo to postępowanie wydłuża się po konsultacjach społecznych. – Myślę, że największym utrudnieniem są sąsiedzi, bo de facto wszystkie opinie są pozytywne – wskazywał rolnik”.

Jak to się odbywa?

Plany ogólne dzielą obszar gminy na strefy: SZ – zabudowa zagrodowa, SR – strefa produkcji rolniczej, SO – strefa otwarta, czyli pola i łąki bez zwykłej zabudowy, SJ – zabudowa jednorodzinna, oraz SW – zabudowa wielorodzinna.

Wielkość stref mieszkaniowych musi odpowiadać normom i wskaźnikom potrzebnym do budowy domów. Strefy SJ i SW są wyznaczane z odpowiednią przestrzenią pod przyszłą zabudowę jednorodzinną i wielorodzinną. Nie dotyczy to jednak strefy SZ.

Gospodarstwo rolne, potrzebuje możliwości rozwoju. To jest logika działalności gospodarczej, logika bezpieczeństwa żywnościowego i logika budowania odporności na presję importu. Konsumenci chcą żywności wytwarzanej w warunkach nowoczesnych, a te warunki się zmieniają. Gospodarstwo dziś funkcjonujące będzie więc potrzebować za kilka lat zmodernizowanej infrastruktury. Ale jeśli strefa SZ zostanie wyznaczona po obrysie istniejących budynków, rolnik – właściciel swojej ziemi – nie może postawić żadnego budynku poza tym obrysem.

Problem opisuje Radosław Zieniewicz w artykule „Trzy izby rolnicze mówią jednym głosem w sprawie planów ogólnych: to może zablokować rozwój gospodarstw”, opublikowanym na portalu Farmer.pl:

„Na przykładzie planu ogólnego Gminy Dolsk mogę stwierdzić, że bardzo małe obszary (wręcz po obrysie budynków w gospodarstwie) zostały wyznaczone jako zabudowa zagrodowa (oznaczenie na mapie – SZ). Pozostawienie takich obrysów nie pozwoli poza obszarem SZ wybudować rolnikom żadnych obiektów związanych z prowadzeniem działalności rolniczej, co bardzo ograniczy rozwój i prowadzenie gospodarstw – mówi Janina Pawełczyk, przewodnicząca Rady Powiatowej Wielkopolskiej Izby Rolniczej w Śremie”.

Ubezwłasnowolnienie rolników

W ten sposób rolnik traci de facto możliwość władania swoją własnością, pozostając właścicielem jedynie na papierze, bo poza wyznaczoną strefą nic nie może zrobić na swojej ziemi. Jeżeli teren potrzebny do rozwoju trafi do SO, pozostaje polem lub łąką bez zwykłej zabudowy. Jeżeli obok gospodarstwa pojawi się SJ albo SW, czyli działki pod domy albo osiedla, konflikt z nowymi mieszkańcami zostaje wpisany w plan gminy.

„Problem dotyczy nie tylko dużych ferm, ale również budowy magazynów, suszarni, biogazowni rolniczych czy zakładów przetwórczych – czyli inwestycji związanych z produkcją żywności i rozwojem gospodarstw. – Gdzie ma polski rolnik inwestować, jak nie na polskiej ziemi? Albo to prawo własności faktycznie posiadamy, albo jest to zwyczajna fikcja – mówił Jan Ogił, prezes Stowarzyszenia dla Powiatu i inicjator posiedzenia” – czytamy w artykule Topagrar.pl

Problem staje się szczególnie ostry w gospodarstwach utrzymujących zwierzęta. Produkcja zwierzęca wymaga budynków inwentarskich, miejsca na ich rozbudowę, zaplecza paszowego, płyt obornikowych, zbiorników i dojazdów. Jeżeli konsument oczekuje dobrostanu, rolnik musi mieć gdzie zbudować nową, wolnostanowiskową oborę dla bydła. Jeżeli rynek oczekuje powtarzalnej jakości, gospodarstwo musi mieć gdzie postawić magazyn pasz, silosy i infrastrukturę techniczną.

Produkcja non grata

Wielkopolska Izba Rolnicza ostrzega, że plany ogólne są zagrożeniem dla gospodarstw utrzymujących zwierzęta:

„Zawarte w nich zapisy mogą skutkować ograniczeniem w elastyczności prowadzenia gospodarstw rolnych i w prowadzeniu działalności rolniczej, a tym samym zablokować modernizację gospodarstw rolnych oraz budowę nowej infrastruktury hodowli zwierząt przekraczających 210 DJP – podkreśla Janina Pawełczyk, przewodnicząca Rady Powiatowej Wielkopolskiej Izby Rolniczej w Śremie” w artykule Farmer.pl

210 DJP, czyli dużych jednostek przeliczeniowych, to skala produkcji zwierzęcej liczona według rodzaju i wieku zwierząt. W przypadku dorosłego bydła 210 DJP może odpowiadać 210 sztukom, ale przy młodszych zwierzętach liczba sztuk będzie większa. Taka obsada wymaga budynków, dróg, magazynów, zabezpieczenia środowiskowego i oddalenia od zabudowy mieszkaniowej. Jeżeli plan ogólny tej przestrzeni nie przewidzi, gospodarstwo nie ma jak przejść z obecnego stanu do nowoczesnej produkcji.

Ocena WIR prowadzi do ostrego, ale opartego na realiach wniosku: w wielu gminach produkcja zwierzęca staje się niechciana. Gminy zdominowane przez nowych mieszkańców nie chcą, by na wsiach powstawały fermy i farmy z dużą obsadą zwierząt.

„Rolnik chce wybudować oborę? Protest. Chce postawić magazyn lub suszarnię? Protest. Chce uruchomić biogazownię? Protest. Chce rozwinąć przetwórstwo rolne? Kolejne miesiące procedur i odwołań – wyliczał Bartosz Wieczorek, przedstawiając stanowisko młodych rolników z Warmii i Mazur” – czytamy w relacji topagrar.pl

Polskie rolnictwo znika

Rzecz nie dotyczy jednak wyłącznie dużych gospodarstw. Jeżeli plan ogólny zamyka przestrzeń dla rozwoju gospodarstw, uderza także w gospodarstwa małe – bo każe im pozostać małymi.

Małe gospodarstwa mogą być ekonomicznie opłacalne, ale w obecnych warunkach przede wszystkim wtedy, gdy prowadzą produkcję na potrzeby lokalne, sprzedaż bezpośrednią albo własne przetwórstwo. Do tego też jednak potrzebują miejsca: na magazyn, chłodnię, mały zakład przetwórczy, budynek inwentarski, suszarnię, wiatę, dojazd, zaplecze sanitarne. Ile takich gospodarstw może z powodzeniem funkcjonować w jednej wsi?

Odbierając małym gospodarstwom możliwość rozwoju plany ogólne prowadzą do ich likwidacji. Gospodarstwo bez miejsca na inwestycje zostaje skazane na przegraną z produkcją wielkoskalową agroholdingów Ukrainy i Mercosur.

Ostro mówi o tym Jacek Zarzecki:

„Plany ogólne gmin będą miały dla rolnictwa skutki porównywalne z reformą ustroju rolnego. W praktyce zdecydują o tym, czy gospodarstwa będą mogły się rozwijać, budować nowe obiekty, inwestować w produkcję zwierzęcą. Każdy doskonale wie, że obszary wiejskie się zmieniają, przybywa mieszkańców napływowych, którzy nie rozumieją charakteru funkcjonowania i pracy na wsi. We władzach gmin jest coraz mniej rolników. Ich głos jest coraz mniej słyszalny a ludziom zaczynają przeszkadzać to co normalne na wsi czyli sezonowe hałasy, praca nocą. Ludzie niezwiązani z rolnictwem skarżą się na zapachy z hodowli zwierząt. W efekcie plan ogólny, który miał być fundamentem zagospodarowania przestrzennego gminy na kolejne dziesięciolecia powstaje pospiesznie, bez znajomości terenu, tylko po to, żeby „odfajkować” kamień milowy KPO. Efekt końcowy jest taki jak zwykle u nas w Polsce. Chaos, wielokrotne przesuwanie terminów i prawo, które zamiast porządkować będzie generować nowe problemy na lata.​​​​​​​​​​​​​​​ Brutalna prawda jest taka, że Polska sama sobie narzuciła niemożliwe do spełnienia warunki, bez przymusu ze strony Brukseli.​​​​​​​​​​​​​​​​ To tylko pokazuje, że w komplikowaniu sobie życia jesteśmy mistrzami świata i to się nigdy nie zmieni”.

#FunduszePromocji

Privacy Preference Center