Od kilku sztuk bydła do stada herefordów, sprzedaży bezpośredniej i certyfikatu QMP. Ewa i Piotr Dzieniszewscy z Lubomina w woj. warmińsko–mazurskim budują gospodarstwo oparte na spokojnej rasie, własnych paszach i zaufaniu klientów.

Ewa Dzieniszewska, Wołowina z Lubomina, Gospodarstwo Rolne Dzieniszewscy

PolitykaRolna: Prowadzicie Państwo gospodarstwo o profilu mieszanym, roślinno-zwierzęcym, nastawione na hodowlę bydła mięsnego i sprzedaż bezpośrednią wołowiny. Jak doszliście do decyzji o takim kierunku działalności i jak oceniacie ją dzisiaj z perspektywy gospodarstwa rodzinnego?

Ewa Dzieniszewska: To nie była decyzja podjęta z dnia na dzień, tylko proces, który rozwijał się bardzo stopniowo. Mamy trójkę dzieci i od początku zależało nam na tym, żeby mieć dla nich dobre, pewne jedzenie. Mięso dostępne w sklepach nie zawsze dawało nam takie poczucie, dlatego zaczęliśmy myśleć o tym, żeby produkować wołowinę sami.

Pierwsza sztuka rozeszła się właściwie wśród znajomych. Potem pojawił się bardzo dobry odzew, ludzie wracali, polecali nas dalej i to wszystko zaczęło się powoli nakręcać. Wcześniej bydło już było w naszym życiu, bo mój mąż jest wielkim pasjonatem bydła. W domu rodzinnym miał bydło mleczne, ale ten kierunek nie do końca mu odpowiadał. Dlatego uznaliśmy, że pójdziemy w bydło mięsne.

Na początku mieliśmy mieszańce, ale około siedem lat temu doszliśmy do wniosku, że jeśli już hodować, to hodować porządny materiał. Wtedy postawiliśmy na herefordy. Dla nas to był naturalny kierunek, bo chcieliśmy budować gospodarstwo rodzinne, w którym hodowla, sprzedaż bezpośrednia i jakość mięsa są ze sobą połączone.

Trzeba też powiedzieć, że startowaliśmy praktycznie od zera. W 2013 roku otrzymaliśmy pół hektara ziemi i nie mieliśmy żadnych gotowych budynków. Do dziś brak budynków jest dla nas jednym z największych ograniczeń, bo nie możemy rozwijać stada tak szybko, jak byśmy chcieli. Ale mimo tych ograniczeń cały czas idziemy do przodu.

PolitykaRolna: Zdecydowaliście się na bydło rasy hereford. Jakie znaczenie mają cechy tej rasy – łagodny temperament, łatwość wycieleń, dobre wykorzystanie pasz objętościowych – dla gospodarstwa rodzinnego? Czy to rasa, którą można polecić rolnikom myślącym o zmianie profilu gospodarstwa?

Ewa Dzieniszewska: Dla nas ogromne znaczenie miała przede wszystkim łagodność tej rasy. Zwierzęta chodzą wokół domu, są na łąkach blisko gospodarstwa, mamy dzieci, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na bydło agresywne albo trudne do opanowania. Mąż pracuje z limousine i dobrze wie, jaki temperament potrafi mieć ta rasa. Dlatego od początku szukaliśmy bydła spokojniejszego.

Herefordy bardzo dobrze się u nas sprawdziły. To rasa, którą spokojnie można polecić rolnikom zaczynającym przygodę z bydłem mięsnym albo takim, którzy myślą o zmianie profilu gospodarstwa. Oczywiście nie można mówić, że każda sztuka zawsze będzie idealnie spokojna. Zdarzają się zwierzęta bardziej temperamentne, zwłaszcza jeśli coś dokupimy z zewnątrz. Bywało, że jałówka, która nie pochodziła z naszego chowu, pokazywała trudniejszy charakter.

Dlatego teraz chcemy budować stado przede wszystkim na własnym materiale. Zaczynaliśmy od kilku sztuk, dziś jesteśmy w okolicach trzydziestu krów mamek, a naszym celem jest dojście do około czterdziestu pięciu. Wszystkie jałówki zostają u nas, bo wtedy lepiej znamy ich pochodzenie, charakter i zachowanie. Zostają też byki. Część z nich idzie jako reproduktory do innych stad, a reszta trafia do opasu i później na mięso.

To jest zupełnie inny model niż przypadkowe utrzymywanie kilku sztuk. Jeśli ma się czystorasowe bydło, dobry materiał i własną selekcję, to łatwiej budować całe gospodarstwo w sposób przewidywalny.

PolitykaRolna: Żywienie stada opieracie na paszach z własnego gospodarstwa. Jak wpływa to na ekonomię produkcji bydła mięsnego?

Ewa Dzieniszewska: Własna baza paszowa ma bardzo duże znaczenie, bo przy bydle mięsnym koszty żywienia potrafią mocno uderzyć w gospodarstwo. Mamy łąki wokół domu i w sezonie zwierzęta korzystają z wypasu na naszych pobliskich użytkach zielonych. To nie jest wypas całoroczny. U nas sezon trwa mniej więcej od kwietnia lub maja do października albo listopada, a potem bydło schodzi do budynków.

Nie możemy trzymać zwierząt na zewnątrz przez cały rok, bo mamy podmokłe tereny torfowe. Zimą one się do tego nie nadają. Dlatego system jest sezonowy: wiosną, latem i jesienią pastwisko, a zimą budynki, głęboka ściółka i pasze przygotowane wcześniej.

Własne łąki, zboża i słoma bardzo pomagają w ekonomii. Pasze objętościowe są dziś drogie, folie są drogie, a usługi też bardzo podrożały. My nie mamy pełnego sprzętu do wszystkich prac, więc musimy korzystać z usług zewnętrznych, a to jest duży koszt. Gdybyśmy jeszcze mieli wszystko kupować z rynku, byłoby naprawdę trudno.

Dlatego własna baza paszowa nie jest dodatkiem, tylko podstawą. Ona nie sprawia, że hodowla nagle staje się łatwa, ale mocno niweluje koszty i daje większą niezależność. Bez tego trudno byłoby myśleć o rozwoju stada.

PolitykaRolna: W reakcji na import wołowiny z Mercosur konsumenci szukają wiarygodnego potwierdzenia jakości wołowiny i coraz częściej uznają, że takim potwierdzeniem jest certyfikat QMP. Czy system QMP pomaga w sprzedaży bezpośredniej wołowiny? Co skłoniło Was do certyfikacji?

Ewa Dzieniszewska: Do systemu QMP weszliśmy dwa lata temu. Nie będę ukrywać, że jednym z powodów były finanse. Jeśli spełnia się wymagania i można uzyskać dodatkowe pieniądze, to warto z tego skorzystać. Ale ważny był też drugi element, czyli potwierdzenie jakości.

Kiedy mówi się klientowi, że ma się bardzo dobrą wołowinę, to certyfikat jest dodatkowym argumentem. Dla niektórych osób to po prostu „papierek”, który potwierdza, że za tym, co mówimy, stoją określone standardy. Takie są teraz czasy, że jeśli ma się certyfikat, łatwiej rozmawiać z klientem i łatwiej przekonać tych, którzy potrzebują formalnego potwierdzenia.

W sprzedaży bezpośredniej duże znaczenie ma jednak także to, że ludzie mogą do nas przyjechać i zobaczyć gospodarstwo. Często pytają, czy mogą pokazać dzieciom zwierzęta, bo wiele dzieci nie widzi dziś bydła na co dzień. Widzą, jak utrzymujemy nasze zwierzęta, widzą łąki, widzą cielęta i wtedy zaufanie buduje się bardzo naturalnie.

QMP pomaga przede wszystkim wtedy, gdy gospodarstwo już spełnia standardy. U nas bydło jest utrzymywane wolno, bez uwięzi, na głębokiej ściółce, więc wejście w system nie oznaczało przebudowy całego gospodarstwa. Jeżeli ktoś musiałby dopiero przerabiać budynki, zmieniać system utrzymania i generować duże koszty, to rachunek może wyglądać inaczej.

Ale kierunek jest jasny. Coraz większa jest presja, żeby zwierzęta były utrzymywane bez uwięzi. Oczekują tego konsumenci, a zakłady mięsne też coraz mocniej idą w stronę standardów jakościowych. U nas nawet krowy wybrakowane, które trafiają do zakładu, mogą przynieść dodatkową dopłatę dzięki certyfikacji. To nie są pieniądze, które same utrzymają gospodarstwo, ale w hodowli bydła każdy dodatkowy element ma znaczenie.

PolitykaRolna: Czy sprzedaż bezpośrednia w RHD ułatwia działalność producenta bydła mięsnego, jest rozwiązaniem racjonalnym i godnym polecenia innym hodowcom? Jak buduje się sieć lojalnych klientów?

Ewa Dzieniszewska: Sprzedaż bezpośrednia bardzo dobrze łączy się z hodowlą bydła mięsnego, ale trzeba dobrze zorganizować cały system. My w sprzedaży detalicznej oferujemy mięso z młodych byków. Krów wybrakowanych nie sprzedajemy klientom jako naszej wołowiny, bo uważamy, że to jest inna jakość mięsa. Takie sztuki trafiają do zakładów mięsnych.

Dla nas dużym ułatwieniem jest to, że nie wykonujemy sami rozbioru. Tym zajmuje się zakład i wykwalifikowani rzeźnicy. Ja odpowiadam za pakowanie, organizację, kontakt z klientami i całą logistykę sprzedaży. Uważam, że rozbiór to bardzo ciężka praca fizyczna i nie każdy musi robić wszystko sam. Można zbudować model, w którym rolnik odpowiada za hodowlę, jakość zwierząt i sprzedaż, a specjalistyczny zakład wykonuje to, do czego ma ludzi i zaplecze.

Sieć klientów zbudowała się u nas bardzo naturalnie. Nie mieliśmy wielkiego ciśnienia na reklamę, nie zaczynaliśmy od agresywnej promocji. Pierwsze mięso rozeszło się po znajomych, potem jedni klienci polecali nas drugim. I to działa do dziś. Bardzo często słyszę: kolega mi polecił, znajomy mi polecił, ktoś już od was brał i był zadowolony.

Sprzedajemy stacjonarnie w gospodarstwie, jesteśmy też raz w miesiącu w Olsztynie. Mięso rozchodzi się w jeden dzień. To pokazuje, że jeśli klient wie, skąd pochodzi produkt, jeśli ma zaufanie do gospodarstwa i jeśli jakość jest powtarzalna, to taka sprzedaż ma sens.

Najbardziej cieszy mnie to, że ludzie przyjeżdżają i są autentycznie wdzięczni. Wiedzą, że kupują świeże mięso, widzą, gdzie chodzą nasze zwierzęta, czasem żartują, żeby tylko nie zabrakło tych naszych herefordów na łące. To pokazuje, że sprzedaż bezpośrednia nie jest tylko transakcją. To jest relacja między rolnikiem a klientem.

Czy poleciłabym ten kierunek innym rolnikom? Tak, szczególnie tym, którzy mają własną bazę paszową, chcą pracować na dobrym materiale i szukają modelu mniej pochłaniającego niż bydło mleczne. Przy bydle mlecznym człowiek jest związany z gospodarstwem całkowicie. Przy bydle mięsnym, dobrze zorganizowanym stadzie i sprzedaży bezpośredniej można budować coś bardziej elastycznego. U nas mąż jeszcze dodatkowo pracuje, więc nie powiem, że już żyjemy wyłącznie z tego modelu, ale widać, że to jest kierunek, który może się rozwijać i który ma sens.

PolitykaRolna: Dziękuję za rozmowę.

#FunduszePromocji

Privacy Preference Center