Produkcja zwierzęca jest jednym z najbardziej przeregulowanych obszarów rolnictwa, strategia musi więc zakładać deregulację sektora. Musi też opierać się na rodzimym modelu produkcji, który wymaga zreformowania i ukierunkowania na konsumenta – mówi w wywiadzie dla PolitykaRolna.pl prof. dr hab. Marcin Gołębiewski, SGGW.

Prof. dr hab. Marcin Gołębiewski z SGGW w formalnym portrecie na jasnym tle.

PolitykaRolna: Panie Profesorze, stworzenie polskiej narodowej strategii rozwoju produkcji zwierzęcej jest dziś uznawane przez branżę za konieczność. Strategia będzie jednak dokumentem, a dokumenty tego typu zwykle pisze się językiem regulacji, które po pewnym czasie mogą zacząć blokować rozwój. Jak więc napisać strategię, żeby nie była ani zbiorem ogólnych zaleceń, ani sztywnym kodeksem postępowania dla gospodarstw?

prof. Marcin Gołębiewski: Kluczem jest struktura trzyczęściowa: diagnoza oparta na danych, cele operacyjne z mierzalnymi wskaźnikami i horyzontami czasowymi, oraz mechanizm regularnej rewizji – co 3 – 4 lata – zakorzeniony w samym dokumencie. Strategia musi być żywa. Jeśli nie przewidujemy z góry procedury jej aktualizacji, po kilku latach staje się ciężarem, nie drogowskazem.

Ale jest coś ważniejszego niż forma dokumentu – jego filozofia wyjściowa. Strategia powinna w samym założeniu zakładać deregulację całego sektora. Produkcja zwierzęca w Polsce jest dziś jednym z najbardziej przeregulowanych obszarów rolnictwa – hodowcy funkcjonują w gąszczu wymogów weterynaryjnych, środowiskowych i administracyjnych, które często nie służą ani dobrostanowi zwierząt, ani bezpieczeństwu żywności, a jedynie mnożą biurokrację. Strategia, która nie stawia sobie za cel systematycznego odchudzenia tego otoczenia regulacyjnego, od początku będzie dokumentem połowicznym. Dobrym wzorcem są tu sektorowe strategie duńskie czy holenderskie, które łączą ambicję z elastycznością przez tzw. adaptive pathways – i które deregulację traktują nie jako ustępstwo wobec branży, lecz jako warunek jej konkurencyjności.

PolitykaRolna: Podczas ostatniego Forum Wołowiny mówił Pan Profesor, że sektor produkcji zwierzęcej znajduje się w krytycznej sytuacji demograficznej, a bez odwrócenia tego trendu nie będzie do kogo adresować strategii. Z czego wynika ten kryzys i co trzeba zrobić, żeby to odwrócić?

prof. Marcin Gołębiewski: Liczby mówią same za siebie. W latach 2010 – 2020 liczba gospodarstw rolnych w Polsce spadła o blisko 192 tysiące, czyli o 12,7%. Średni wiek użytkownika gospodarstwa rolnego wzrósł w tym czasie z 47,9 do 50,7 lat, a do 2023 roku przekroczył już 51,7 lat. Aż 46% rolników prowadzących gospodarstwa to dziś osoby w wieku 55 lat i więcej. Największa luka pokoleniowa dotyczy właśnie hodowców – bo to produkcja zwierzęca jako pierwsza odpada przy braku następcy, ze względu na wysokie nakłady pracy i kapitału.

Sytuacja w UE jest równie niepokojąca. Udział młodych rolników poniżej 40. roku życia w zarządzaniu gospodarstwami spadł z 28% w 2010 roku do zaledwie 12% w 2020 roku. Ponad jedną trzecią gospodarstw w UE zarządzają rolnicy po 65. roku życia.

To pochodna kilku nakładających się procesów: odpływu młodych z rolnictwa, braku transferu gospodarstw między pokoleniami, wysokich kosztów wejścia w produkcję zwierzęcą i – co ważne – erozji społecznego prestiżu zawodu hodowcy. Dodatkowym czynnikiem strukturalnym jest to, że małe i rozdrobnione gospodarstwa działają w ramach rynkowej struktury faworyzującej intensywną produkcję wielkoobszarową, co „przyciska do muru” tych, którzy chcą prowadzić tradycyjną hodowlę.

Strategia, która poważnie traktuje strukturę polskich gospodarstw – a więc ich rozdrobnienie, rodzinny charakter, mniejszą skalę – musi w końcu realnie, a nie tylko w politycznych komentarzach, ułatwić sprzedaż bezpośrednią i budowanie lokalnych marek produktów pochodzących wprost z gospodarstwa. Dziś rolnik chcący sprzedawać własne mleko, mięso czy sery musi zmierzyć się z taką samą biurokracją weterynaryjną i sanitarną jak duży zakład przetwórczy. Co gorsza, do tego dochodzi zjawisko, które każdy hodowca zna z praktyki: niemal tak jak każdy urząd skarbowy ma własną interpretację przepisów podatkowych, tak każdy lokalny inspektorat weterynarii ma własne wymagania. Ten sam rodzaj działalności, ta sama skala produkcji – a w zależności od powiatu rolnik dostaje inne wytyczne, inny zakres wymaganej dokumentacji, inną decyzję. To nie jest problem złej woli urzędników – to skutek braku jednolitych, jasnych standardów na poziomie krajowym. I to absurd, który zabija inicjatywę i pozbawia małe gospodarstwa jedynej drogi do wyższej marży.

Krótki łańcuch dostaw – od obory do konsumenta – to nie sentyment, to konkretny model ekonomiczny, który działa w Niemczech, Francji czy Austrii i który u nas jest systemowo blokowany. Strategia powinna to zmienić: uproszczone i ujednolicone procedury rejestracji dla sprzedaży bezpośredniej, wsparcie dla budowania marki lokalnej, preferencje dla produktów z oznaczeniem gospodarstwa w zamówieniach publicznych i systemach szkolnych.

Bez systemowych zachęt do sukcesji, ścieżkowania zawodowego i realnych możliwości ekonomicznych dla małych hodowców adresatów strategii będzie coraz mniej. Strategia musi wprost nazwać problem demograficzny jako priorytet egzystencjalny – bo jeśli nie ma hodowców  – jej odbiorców to nie ma o czym rozmawiać.

PolitykaRolna: Nie będzie zbyt śmiałą teza, że źródłem problemów producentów zwierząt hodowlanych jest aktywność organizacji „prozwierzęcych” i wieloletnia polityka klimatyczna UE. Jednak mocno zawiniła tu też nauka, która w zaleceniach dietetycznych zdeprecjonowała mięso. To wszystko powoli się zmienia  – powstaje EU Livestock Strategy, Parlament Europejski zrehabilitował hodowlę zwierząt. Jakie działania powinni teraz podjąć naukowcy, by przywrócić mięsu właściwe miejsce w żywieniu człowieka?

prof. Marcin Gołębiewski: Zacznijmy od tego, czym nauka jest, a czym nie jest. Rolą nauki nie jest obrona z góry przyjętych tez – jest nią prowadzenie rzetelnego, opartego na dowodach dyskursu, w którym różnica zdań jest rzeczą zupełnie naturalną i pożądaną. Co więcej, tylko konstruktywna krytyka i ciągłe podważanie status quo są warunkiem koniecznym postępu. Nauka, która przestaje kwestionować własne założenia, przestaje być nauką. Spory o rolę tłuszczów nasyconych, czerwonego mięsa czy produktów mlecznych w diecie człowieka toczą się i będą się toczyć – i dobrze. Tak właśnie powinno być.

Symptomatyczne jest to, co dzieje się z piramidą żywienia – tym jednym symbolem, który przez dekady kształtował przekonania żywieniowe całych pokoleń. Klasyczna piramida zepchnęła produkty zwierzęce na margines, a tłuszcze nasycone i czerwone mięso obarczyła winą za choroby cywilizacyjne. Tymczasem nauka idzie w innym kierunku. Najnowsze amerykańskie wytyczne żywieniowe DGA 2025 – 2030 nie faworyzują już diet roślinnych kosztem zwierzęcych – białko zwierzęce jest przedstawiane jako kluczowe źródło aminokwasów egzogennych oraz mikroskładników trudnych do pokrycia w diecie wyłącznie roślinnej, takich jak żelazo hemowe, cynk, witamina B12 czy cholina. Co więcej, dokument jednoznacznie odrzuca postulat systemowego ograniczania czerwonego mięsa, wskazując na brak spójnych dowodów potwierdzających jego szkodliwość w kontekście diety niskoprzetworzonej. Nowe wytyczne odchodzą też od bezwarunkowej promocji produktów niskotłuszczowych – produkty pełnotłuste nie są już z góry wykluczane, a obok oliwy z oliwek dopuszcza się stosowanie tłuszczów zwierzęcych jako elementów tradycyjnej kuchni.

To istotna zmiana, bo dotyczy nie jakiegoś niszowego badania, lecz oficjalnych wytycznych żywieniowych największej gospodarki świata. A za tą zmianą stoją konkretne dane. Żelazo hemowe z produktów zwierzęcych charakteryzuje się znacznie wyższą biodostępnością niż żelazo niehemowe z roślin – organizm przyswaja je wielokrotnie efektywniej. Podobna asymetria dotyczy cynku, witaminy B12 i pełnowartościowego białka. Żadna roślina nie dostarcza tych składników w takiej kombinacji i biodostępności, jaką oferuje mięso czy nabiał. To nie jest ideologia – to biochemia.

Problem nie leży w tym, że naukowcy się nie zgadzają. Problem leży w tym, że ten konstruktywny, niuansowany dyskurs naukowy w ogóle nie przebija się do przestrzeni publicznej. W komunikacji społecznej nie wybrzmiewa różnorodność stanowisk i argumentacji – wybrzmiewa głos tych, którzy krzyczą najgłośniej. Różne organizacje, ruchy czy promotorzy egotycznych diet opanowali komunikację do perfekcji: prosty przekaz, duże budżety, media społecznościowe, kampanie wizerunkowe. Nauka – z całą swoją rzetelnością, ostrożnością i skłonnością do zastrzeżeń metodologicznych – przegrywa tę walkę nie dlatego, że ma słabsze argumenty, ale dlatego, że jej głos jest niemal nieobecny tam, gdzie kształtują się przekonania konsumentów.

To jest realny problem, który musi znaleźć swoje miejsce w strategii. Nie chodzi o to, żeby nauka zaczęła uprawiać propagandę – to byłoby zaprzeczenie jej misji. Chodzi o to, żeby instytucje naukowe, uczelnie rolnicze, przyrodnicze i instytuty badawcze aktywnie tłumaczyły swoje wyniki na język zrozumiały dla opinii publicznej, uczestniczyły w konsultacjach regulacyjnych i budowały koalicje z lekarzami, dietetykami i praktykami. Polska nauka powinna być też aktywnym uczestnikiem dyskusji na poziomie europejskim  – EU Livestock Strategy czy rehabilitacja hodowli zwierząt przez Parlament Europejski to efekty lat takiej właśnie pracy środowisk, które nie oddały pola. My też nie powinniśmy.

PolitykaRolna: Promocja wołowiny jako produktu wysokiej jakości rozbija się w ocenie konsumentów o dostępność tej wołowiny na rynku. Problemem jest niski udział bydła mięsnego w polskim pogłowiu, a wołowina z bydła mlecznego pochodzi głównie z krów brakowanych po użytkowaniu mlecznym, bez odpowiedniego opasania przed ubojem. Pan jest współtwórcą, obok Tomasza Rasińskiego, systemu QMP dla bydła mlecznego. Jak strategia rozwoju produkcji zwierzęcej powinna ująć ten problem, by wołowina z bydła mlecznego stała się uznanym segmentem rynku mięsa wysokiej jakości?

prof. Marcin Gołębiewski: System QMP – Quality Meat Program – to próba odpowiedzi na realną lukę rynkową, której branża przez lata nie chciała dostrzec. Wołowina z bydła mlecznego była i w dużej mierze nadal jest traktowana jako produkt drugiej kategorii: krowa po laktacji trafia do ubojni często bez żadnego przygotowania, bez opasania, bez historii, bez tożsamości. Konsument w sklepie widzi „wołowinę” – i nie wie, czy ma przed sobą mięso z dobrze utrzymanego bydła rzeźnego, czy z wyczerpanej produkcją mleczną krowy brakowanej. Ten brak przejrzystości niszczy rynek od środka, bo sprowadza wszystko do ceny kilograma.

Ale jest tu problem głębszy niż brak transparentności – problem systemowy, który dotyczy całej Unii Europejskiej. Zarówno w Polsce, jak i szerzej w UE, ocena jakości wołowiny opiera się na klasyfikacji EUROP: uzysk mięsa, otłuszczenie, umięśnienie. To parametry, które mówią producentowi i ubojni wszystko o tym, co wychodzi z tuszy – ale konsumentowi nie mówią praktycznie nic o tym, co trafi na talerz. Klasyfikacja EUROP jest oderwana od kulinarnej wartości mięsa, jego cech sensorycznych – kruchości, soczystości, smaku, marmurkowatości – czyli od wszystkiego, czym kieruje się człowiek kupujący wołowinę do przygotowania w domu lub w restauracji. Produkujemy i oceniamy to, co potrafimy zmierzyć na linii ubojowej, a nie to, czego szuka konsument.

Do tego dochodzi jeszcze jeden wymiar, który klasyfikacja EUROP całkowicie pomija: system produkcji i tożsamość produktu. Dzisiejszy konsument coraz częściej nie kupuje tylko kawałka mięsa – kupuje wartości, które za nim stoją. Chce wiedzieć, czy wołowina pochodzi z systemu, czy od konkretnej rasy. Chce móc zgodnie ze swoim światopoglądem wybrać produkt, za którym stoi konkretna filozofia hodowli. Ale chce też po prostu móc sięgnąć po przystępny cenowo kawałek wołowiny z konkretnej rasy – i wiedzieć, czego się po nim spodziewać kulinarnie. Mieć pewność, że sięgając po niego po raz kolejny będzie miał zbliżoną jakość.  Żaden z tych wyborów nie jest dziś możliwy na polskim rynku masowym, bo etykieta „wołowina” nie mówi nic – ani o systemie produkcji, ani o rasie, ani o sposobie dojrzewania mięsa.

Zupełnie inaczej wygląda to w krajach, gdzie spożycie wołowiny jest wielokrotnie wyższe niż w Polsce i UE – w Stanach Zjednoczonych czy Australii. Tam systemy klasyfikacji są wprost zbudowane wokół doświadczenia konsumenta: amerykański system USDA Prime/Choice/Select czy australijski MSA – Meat Standards Australia – oceniają mięso przez pryzmat tego, jak będzie smakowało po przyrządzeniu. MSA w szczególności jest systemem wybitnie konsumenckim: uwzględnia marmurkowatość, wiek zwierzęcia, sposób chłodzenia tuszy, dojrzewanie, a nawet metodę przyrządzenia – i na tej podstawie przewiduje satysfakcję konsumenta z konkretnego kawałka mięsa. To jest podejście, które zamyka pętlę między producentem a odbiorcą. I właśnie w nawiązaniu do takich systemów jak MSA budowane były założenia QMP.

Tymczasem, choć pewnie trudno w to uwierzyć, odpowiednio opasana krowa poprodukcyjna (o ile właściwie wyselekcjonowana i żywiona) może dać mięso znakomitej jakości – o specyficznym profilu smakowym, dojrzałości tkanki mięśniowej i strukturze tłuszczu, których nie da się uzyskać od zbyt młodego buhajka. W wielu krajach europejskich – w Niemczech, Francji, Irlandii – wołowina z dorosłego bydła mlecznego ma swój uznany segment rynkowy, swoją cenę i swoich lojalnych odbiorców. U nas ten potencjał jest niemal całkowicie zmarnowany. Pomimo że posiadamy dużo większy potencjał w tym obszarze niż wspomniane wcześniej kraje.

System QMP dla bydła mlecznego wychodzi właśnie z założenia, że jakość można zdefiniować, zmierzyć i zakomunikować konsumentowi – niezależnie od rasy i kierunku użytkowania zwierzęcia. Kluczowe są parametry opasania przed ubojem, kondycja zwierzęcia, sposób żywienia w ostatnim okresie, a następnie postępowanie z tuszą po uboju – dojrzewanie, klasyfikacja, sposób rozbioru. To wszystko da się ująć w system, który producent może wdrożyć, a konsument – zrozumieć i zaufać.

Problem w tym, że sam system jakości to za mało. Strategia powinna stworzyć warunki dla całego łańcucha wartości wokół tego segmentu. Dziś brakuje trzech ogniw jednocześnie: po pierwsze, rolnicy nie mają ekonomicznej zachęty do opasania krów przed ubojem, bo różnica w cenie skupu między krowami opasanymi a nieopasanymi jest zbyt mała, żeby uzasadnić dodatkowe koszty pasz i czasu. Po drugie, zakłady ubojowe i przetwórcze nie są przygotowane do obsługi tego segmentu – nie mają procedur dojrzewania, nie mają rozbioru dostosowanego do specyfiki mięsa z bydła mlecznego, nie oferują produktu finalnego, który można pozycjonować jako premium. Po trzecie, handel – zarówno sieci detaliczne, jak i sektor HoReCa – nie ma narzędzi do komunikowania tej jakości klientowi końcowemu.

Strategia powinna zatem adresować wszystkie trzy poziomy jednocześnie. Na poziomie produkcji – system dopłat lub premii za jakość dla rolników opasających krowy przed ubojem według standardów QMP. Na poziomie przetwórstwa – wsparcie inwestycyjne dla zakładów wdrażających procedury dojrzewania i segmentowanego rozbioru. Na poziomie rynku – certyfikacja i oznakowanie produktu, które konsument może rozpoznać i za które jest skłonny zapłacić więcej. Bez spójności na wszystkich trzech poziomach żaden system jakości nie przeżyje zderzenia z rynkiem.

I tu dochodzimy do kwestii, która moim zdaniem powinna być wpisana wprost w filozofię strategii: musi być ona otwarta na lokalne uwarunkowania, a nie budowana na wzorcach przeniesionych żywcem z krajów o zupełnie innej strukturze pogłowia. Polska ma specyficzną strukturę rasową bydła – dominuje bydło mleczne, a udział ras mięsnych w pogłowiu pozostaje niski. Zamiast traktować to jako deficyt do nadrobienia, strategia powinna wprost zakładać wykorzystanie tego, co mamy – i włączenie bydła mlecznego w łańcuch produkcji dobrej, przystępnej cenowo wołowiny, która będzie w stanie przebić się do szerokiego konsumenta. Nie chodzi o to, żeby polska wołowina konkurowała wyłącznie w segmencie premium z argentyńskim Angusem czy irlandzkim Herefordem. Chodzi o to, żeby polski konsument mógł kupić uczciwy, smaczny, dobrze opisany kawałek wołowiny z polskiego gospodarstwa – i żeby hodowca bydła mlecznego był za to godziwie wynagrodzony. To jest realistyczny, osadzony w polskich realiach model, którego dziś po prostu nie ma. Strategia powinna go stworzyć.

Jest jeszcze jeden wymiar, o którym rzadko się mówi: wołowina z bydła mlecznego mogłaby stać się produktem z naturalnie krótkim łańcuchem dostaw i silną tożsamością regionalną. Krowa, która całe życie spędziła w konkretnym gospodarstwie, jadła konkretne pasze, pochodzi z określonego regionu – to jest historia, którą konsument chce dziś kupować. Systemy takie jak QMP mogą być fundamentem nie tylko certyfikacji jakości, ale i budowania lokalnych marek wołowiny, które w połączeniu z ułatwieniami w sprzedaży bezpośredniej mogłyby stworzyć zupełnie nowy, dziś praktycznie nieistniejący segment polskiego rynku mięsnego.

PolitykaRolna: Gdyby miał Pan Profesor wskazać jeden element, który zdecyduje o powodzeniu polskiej strategii rozwoju produkcji zwierzęcej, co byłoby tym elementem? Czy będzie to demografia sektora, społeczny status hodowcy, naukowa obrona produktów zwierzęcych, systemy jakości i organizacja rynku, czy raczej zdolność połączenia tych obszarów w jeden spójny model rozwoju?

prof. Marcin Gołębiewski: To pytanie jest pułapką – i świadomie w nią nie wpadnę. Nie dlatego, że nie mam odpowiedzi, ale dlatego, że samo jego sformułowanie ujawnia jeden z głównych problemów, z którymi mierzymy się przy budowaniu strategii dla sektora produkcji zwierzęcej: skłonność do szukania jednego dźwigni, jednego priorytetu, jednego elementu, który wszystko naprawi. Ta skłonność jest zrozumiała – upraszcza komunikację, daje poczucie sprawczości, dobrze wygląda w politycznych deklaracjach. Ale w praktyce prowadzi do strategii, które są albo zbyt wąskie, żeby cokolwiek zmienić, albo zbyt ogólne, żeby kogokolwiek do czegoś zobowiązać.

Każdy z wymienionych w pytaniu obszarów – demografia sektora, społeczny status hodowcy, naukowa obrona produktów zwierzęcych, systemy jakości i organizacja rynku – jest warunkiem koniecznym, ale żaden z osobna nie jest warunkiem wystarczającym. Można mieć doskonałe systemy jakości i puste obory, bo nie ma kto hodować. Można mieć młodych, zmotywowanych hodowców i produkt, którego nikt nie chce kupić, bo nauka nie obroniła jego miejsca w diecie. Można mieć silną naukę i świetny produkt, ale bez organizacji rynku – bez sprawnego łańcucha od producenta do konsumenta – cała wartość ginie gdzieś między ubojnią a półką sklepową. Te obszary są ze sobą splecione w sposób, który wyklucza myślenie silosowe.

Jeśli jednak miałbym wskazać jeden meta-warunek, od którego wszystko inne zależy – powiedziałbym: zdolność do trwałej, instytucjonalnej koordynacji. Nie jednorazowego konsensusu przy okrągłym stole, nie deklaracji politycznej na początku kadencji, ale działającego, finansowanego i umocowanego prawnie mechanizmu, który łączy ze sobą ministerstwo, uczelnie i instytuty badawcze, izby rolnicze, organizacje branżowe i samych producentów – i który działa niezależnie od tego, kto akurat rządzi. To jest najtrudniejsze do zbudowania i dlatego najważniejsze. Polska ma długą tradycję tworzenia dokumentów strategicznych, które umierają po zmianie rządu lub po pierwszym starciu z rzeczywistością budżetową. Strategia dla produkcji zwierzęcej podzieli ten los, jeśli nie będzie miała instytucjonalnego zaplecza, które będzie jej strzegło i ją aktualizowało.

Ale jest jeszcze jeden wymiar, o którym rzadko mówi się wprost, a który uważam za fundamentalny: zaufanie. Zaufanie między hodowcą a nauką – bo dziś wielu producentów patrzy na środowisko akademickie z rezerwą, słusznie zauważając, że przez lata zalecenia dietetyczne i regulacje środowiskowe powstawały bez ich udziału i często przeciwko ich interesom. Zaufanie między hodowcą a konsumentem – bo ten drugi coraz częściej nie wie, skąd pochodzi jego jedzenie, jak powstało i czy może mu ufać. I wreszcie zaufanie między sektorem a państwem – bo hodowcy mają pełne prawo pytać, czy strategia, którą im się proponuje, jest realnym zobowiązaniem, czy kolejnym dokumentem do szuflady.

To zaufanie nie buduje się deklaracjami. Buduje się je konkretnymi działaniami, które mają bezpośrednie przełożenie na codzienność gospodarstwa: uproszczeniem przepisów weterynaryjnych i ich ujednoliceniem między inspektoratami, realnym ułatwieniem sprzedaży bezpośredniej, stworzeniem przewidywalnych i długoterminowych warunków dla inwestycji w produkcję zwierzęcą, a wreszcie – głośnym, publicznym stanięciem po stronie hodowców w debacie o miejscu produktów zwierzęcych w diecie i w zrównoważonym systemie żywnościowym.

Pisanie strategii jest ważne, ale samo w sobie niczego nie zmieni. I to nie jest odkrycie – wiedzą o tym doskonale sami producenci i hodowcy bydła mięsnego, którzy przez lata obserwowali, jak kolejne dokumenty strategiczne powstawały, były uroczyście ogłaszane i równie cicho trafiały do szuflady. Ta wiedza jest powszechna w środowisku i rodzi głęboki, uzasadniony sceptycyzm wobec kolejnych inicjatyw planistycznych.

Dlatego chcę to bardzo wyraźnie zaakcentować: dziś jest czas działania, nie czas pisania. A właściwie – czas działania równoległego do pisania. Strategia może powstawać, ale konkretne działania muszą zacząć się już teraz, nie po tym, jak dokument zostanie zatwierdzony, skonsultowany, opublikowany i rozesłany do właściwych departamentów. Bo zanim to nastąpi, miną kolejne miesiące lub lata, których po prostu nie mamy.

Konkretne działania wymagają jednak czegoś, z czym u nas nie jest najlepiej: spójnych, międzyresortowych ustaleń i realnego wyjścia poza silosy instytucjonalne. Produkcja zwierzęca dotyka jednocześnie kompetencji Ministerstwa Rolnictwa, Ministerstwa Zdrowia w obszarze zaleceń żywieniowych, Ministerstwa Środowiska w obszarze regulacji emisyjnych, Ministerstwa Finansów w obszarze ulg i zachęt inwestycyjnych, a do tego Inspekcji Weterynaryjnej i Inspekcji Sanitarnej w obszarze rejestracji i kontroli. Każdy z tych resortów ma własne priorytety, własny rytm pracy i własne rozumienie problemu. Dopóki nie powstanie mechanizm, który te resorty do wspólnego działania rzeczywiście zmusi – a nie tylko zaprosi – żadna strategia nie przełoży się na rzeczywistość.

I wreszcie – sprawa, która nie daje mi spokoju i którą uważam za argument nie do zbagatelizowania. Polska stoi dziś przed oknem możliwości, które może się już nie otworzyć. Mamy potencjał – strukturę pogłowia, tradycję hodowlaną, bazę paszową, kadry naukowe – żeby stać się jednym z kluczowych producentów wołowiny w Europie. Nie producentem tanim i masowym, ale producentem wołowiny dobrej, różnorodnej, zakorzenionej lokalnie, dostępnej dla konsumenta w każdym przedziale cenowym i z każdego systemu produkcji. Ten moment jest teraz. Za pięć czy dziesięć lat, jeśli trend demograficzny się nie odwróci, jeśli kolejne tysiące hodowców odejdą bez następców, jeśli infrastruktura przetwórcza dalej będzie dostosowana wyłącznie do anonimowego surowca – nie będzie już czego wdrażać. Możemy się obudzić z pięknie napisaną strategią i pustymi oborami.

Dlatego moje przesłanie jest jedno: strategia tak, ale równolegle – działanie. Pierwsze deregulacje, pierwsze uproszczenia w sprzedaży bezpośredniej, pierwsze systemowe zachęty do sukcesji w gospodarstwach hodowlanych, pierwsze pilotaże systemów jakości orientowanych na konsumenta. Nie po zakończeniu prac nad dokumentem. Teraz.

PolitykaRolna: Dziękuję za rozmowę

#FunduszePromocji

Privacy Preference Center